Jak rozwiązywać problemy zamiast się nimi martwić.


Większość problemów w naszym życiu pozostaje z nami przez dłuższy czas głównie dlatego, że nie poświęcamy im należytej uwagi.

Znajdą się tacy co powiedzą: Ale przecież to mi spędza sen z powiek od kilku lat, martwię się i martwię, a problem nie znika!

Martwienie się nie jest poświęcaniem należytej uwagi.

Myślenie w kółko o problemie też nie.

Ani walka, ani opowiadanie na lewo i prawo.

Życie w ciągłym lęku przed problemem też.

Szamotanie się, paniczne szukanie rozwiązań i rzucanie się na nie często z lęku przed zobaczeniem problemu, bywa ucieczką od problemu.

I nawet jeżeli rozwiążemy w ten sposób problem to i tak za chwilę pojawi się kolejny, tylko nieco inny od poprzedniego.

Oczywiście są sytuacje, które wymagają natychmiastowego działania i wtedy trzeba działać. Jednak często potrzeba działania nie jest aż tak natychmiastowa jak nam się wydaje.

Często boimy się zobaczyć, to co nazywamy problemem z lęku, że zrobi się on jeszcze większy.

Są tacy co boją się myśleć o swoich problemach, a już broń boże użyć słowa PROBLEM. Wiem, ze modne staje się zamiana słowa PROBLEM na WYZWANIE. To jest ok, pod warunkiem, że nie wynika to z lęku przed słowem PROBLEM.

W przeciwnym wypadku taka zamiana jest źródłem kolejnego stresu.

- Cholera! Znowu użyłam nie tego co trzeba słowa!

Celowo tak dużo używam słowa: problem, odmieniam go praktycznie przez wszystkie przypadki, żebyś zobaczył, zobaczyła czy cię to przypadkiem nie wkurza. ;-) Jak tak, to możesz mieć problem!

NO DOBRA! Więc jak już nie uciekamy od tego słowa i od swoich problemów to co możemy?

Czym jest to należyte poświęcenie uwagi?

Przede wszystkim widzeniem. Widzeniem zamiast myślenia.

Akceptacją. Uznaniem. Daniem przestrzeni.

Świadomością.

Ja w takich sytuacjach zamiast myśleć o problemie mówię do niego: widzę cię. Co najmniej kilka razy. To pozwala uspokoić umysł. I zwykle dość szybko rozwiązanie przychodzi.

Czasem okazuje się, że problem tkwi zupełnie innym miejscu niż mi się wydawało.

Przykład

Córka dostała nowy komputer. Wcześniej miała laptopa. Internet był przez router bezprzewodowy. Wprawdzie znalazłam w domu jakieś urządzenie przez które komputer mógł odbierać sygnał WI-FI, ale raczej słabo to działało.

No i dupa. Gorzej niż było.

Płacz córki, pretensje, żale i żądania natychmiastowych rozwiązań.

Moje wewnętrzne: odczep się wreszcie, nie chce mi się wcale o tym myśleć! Nie jestem facetem! Pewnie trzeba z dachu przewód od anteny prowadzić tak jak do mojego komputera, przebijać się przez betonowy sufit czy Bóg wie co jeszcze!

Albo wzywać kogoś, nawet nie wiem kogo! Nie znam się na tym i nie chce znać!

W końcu jak ochłonęłam - postanowiłam zobaczyć. No i zobaczyłam.

Router bezprzewodowy ma wejścia na przewody. (Wow! Router mam od lat i przecież nie raz patrzyłam na wejścia z tyłu.)

Pokój córki jest przez ścianę.

Wystarczy kupić przewód, końcówki i zaciskacz. I przewiercić się przez ścianę.

Wiertarkę mam. Wiedzę też mam. Nie raz widziałam jak to się robi w pracy. Nie wiem czemu w domu nagle zgłupiałam.

Zrobienie tego zajęło mi 10 minut.

To o czym napisałam to bardzo prosty przykład. Ale bardzo często nawet przy problemach znacznie większej wagi, jest tak jak w tym przykładzie.

Zazwyczaj mamy wszystko, żeby rozwiązać dany problem tylko tego nie widzimy.

I trzeba to dostrzec.

Ale jak zwał tak zwał :-)

129 wyświetlenia