Czy dajesz sobie prawo do swoich potrzeb?


Czy znasz swoje potrzeby? Czujesz je?

Dajesz sobie prawo do ich zaspokajania?

Odpoczywasz kiedy czujesz się zmęczona? Jesz kiedy jesteś głodna?

Zaspokajasz swoją potrzebę akceptacji? Akceptujesz sama siebie?

Przyciągasz do swojego życia ludzi którzy cię szanują i akceptują? Czy uparcie ganiasz za ludźmi, którzy Cię nie akceptują i walczysz o ich akceptację.

Wyrażasz siebie? Mówisz co czujesz? Czy zagryzasz zęby, żeby nie urazić innych, nie narazić się im, nie zdenerwować?

Sięgasz po to czego pragniesz? Czy tylko frustrujesz się, że tego nie masz?

A może sięgasz, ale dostajesz od życia „po łapkach” i się wycofujesz?

Tak naprawdę na tym polega spełnione życie. Na zaspokajaniu swoich potrzeb. Pożywienia, odpoczynku, szacunku, akceptacji, bezpieczeństwa, sukcesu, samorealizacji itp. W sumie proste.

Ja, większość swojego życia nawet nie czułam swoich potrzeb. I to podstawowych. Wiedziałam, że jakieś mam. Wiedziałam, ze istnieje taka potrzeba jak np. potrzeba odpoczynku, potrzeba jedzenia, potrzeba ciepła, dotyku...

Często czułam frustrację z powodu poczucia ich niezaspokojenia, ale zupełnie nie miałam z tym kontaktu. Odcięłam je od siebie.

Zamiast iść „za potrzebami”- uciekałam przed lękiem i bólem.

Potrafiłam siedzieć w zimnym pomieszczeniu i nie wiedzieć, że marznę, aż do momentu kiedy byłam sina z zimna. Dziwiło mnie to, ze inni ludzie robią z tego powodu raban, walczą o włączenie ogrzewania. Dla mnie było jasne: jest zimno więc trzeba w tym zimnie przetrwać. Odciąć się od ciała. Znieczulić.

Z jedzeniem było podobnie. Zupełnie nie wiedziałam o co chodzi z tym jedzeniem. Jako dziecko byłam raczej okrągła (o czym mi przypominały stare ciotki na spotkaniach rodzinnych: „O, ho, ho! Jaka odżywiona! Rumiana! ).

Jedzenie traktowałam jako coś co stoi na drodze do bycia szczupłą (i szczęśliwą w moim mniemaniu). Walczyłam z jedzeniem. Albo nic nie jadłam albo się przejadałam. Wymiotowałam. Znowu się głodziłam. Jadłam. Czułam się winna. Czułam obrzydzenie do jedzenia. Czułam obrzydzenie do siebie.

Swoje ciało traktowałam jako przeszkodę w byciu szczęśliwą.

Odpoczynek to było coś czym zajmują się próżniaki. Wielokrotnie w swoim życiu „wykańczałam” się fizycznie i jeszcze byłam z tego dumna. Poprawka! To mama miała być ze mnie dumna. Wykańczałam się, bo moja wewnętrzna dziewczynka wierzyła, że zaskarbi sobie tym uznanie i szacunek mamy.

Przez wiele lat myślałam, że jestem jakaś ułomna, jakaś taka niedorobiona. I że nic nie da się z tym zrobić. Taka po prostu się urodziłam.

Po urodzeniu córki zaczęłam intensywnie pracować ze sobą. Czułam coraz większą frustrację. Czułam, że chcę się realizować. Wyjść do świata. Ale coś jakby mi mówiło: Hola, hola! Chcesz iść do świata? Ale czy umiesz o siebie zadbać?

W miarę jak pracowałam ze sobą powoli uczyłam się dbania o siebie. Powolutku. Bardzo powolutku.

Bo często było tak, że kiedy już zaczynało mi być dobrze, zaczynałam czuć spełnienie działo się coś co działało jak zimny prysznic. Np. ból głowy.

Nie taki, który przechodzi po godzinie. Kilkudniowy uporczywy ból.

W czasie tych dni uczucie radości spełnienia zamieniało się we wściekłość, bezsilność i frustrację.

Po takim ataku bólu czułam się jak wyżeta ścierka. Nie pamiętałam o co mi już chodziło przed bólem. W zasadzie to było mi już „wszystko jedno”. Byle tylko nie bolało.

W miarę pracy i kontaktu z małą Agnieszką powoli zaczynałam sobie uświadamiać o co chodzi. Czemu tak się dzieje. Czemu tak uparcie powtarzam w moim życiu pewne stany i emocje?

Zaczęłam się im przyglądać. Traktować je jakby to był list od mojej małej Agnieszki.

I wtedy do mnie dotarło.

To jak podchodzimy do swoich potrzeb zależy od tego jak podchodziła do nich matka. Zwłaszcza w pierwszych dniach, miesiącach życia.

Czy je zauważała? Czy je uznawała? Jakie emocje i uczucia w niej budziły?

Moja mama był przerażona, wściekła i skrzywdzona kiedy wyrażałam swoje potrzeby. Czułam, że mnie nienawidzi za to, że czegoś chcę.

Przez pierwszy rok mojego życia mieszkała z ojcem i ze mną tzw kątem u teściów.

U mojej babci której nigdy nie lubiłam. Ona mnie też. Czułam niesamowitą wrogość od niej, chociaż udawała, że tak nie jest. Bałam się jej. Nie lubiłam tam wracać na święta.

Dla mojej małej Agnieszki to był„dom śmierci”. Tak mi powiedziała. Cokolwiek to znaczy.

I u mnie tak było, że jak odzywały się moje potrzeby, to robiłam sobie to co robiła mi mama. Kierowałam na siebie wściekłość, agresję i frustrację. Emocjonalnie wracałam do tego przerażającego dla małej Agnieszki domu „śmierci”.

To było straszne.

Nic dziwnego, że jako dziecko wolałam wyprzeć swoje potrzeby niż przeżywać to po raz kolejny. To było uśpione. Odzywało się w pewnych sytuacjach. A pokazało się w pełnej krasie dopiero jak zaczęłam pracę nad sobą.

I tak to jest.

Dlatego wiele osób, pracując nad sobą odnosi wrażenie, że coś się pogarsza. Ale nic się nie pogarsza. To po prostu wychodzi.

Ujawnia się w miarę jak stajemy się coraz silniejsi. I możemy stawić temu czoła.

Sami lub przy wsparciu. Bo umiejętność znajdowania „odpowiedniego” wsparcia jest też miarą naszej dojrzałości.

Przez ostatnie lata często w wyobraźni wracałam do tego „domu śmierci”. W miarę pracy, zmieniały się emocje, które odczuwałam wracając tam.

Najpierw była to bezsilność.

Potem niesamowity smutek i żal.

Na końcu ogromna wściekłość i chęć zemsty.

To wszystko były emocje mojej małej Agnieszki. Słuchałam jej i dawałam jej prawo do wszystkiego, absolutnie wszystkiego, co czuła.

Jak te emocje wybrzmiały, zobaczyłam ją.

Ledwie żywą, na skraju wyczerpania emocjonalnego i energetycznego. Leżącą na podłodze. Jak skopane zwierzę, które już straciło wszelką nadzieję i nawet już nie walczy. Taki obraz podsunęła mi podświadomość.

Położyłam się obok niej. Nie czułam już potrzeby ratowania jej. Ani dawania jej miłości, współczucia czy czegokolwiek. Poczułam spokój. Poczułam, że mogę zaakceptować ją właśnie taką. Mogę zaakceptować siebie właśnie taką. Bezsilną.

W trakcie tego procesu moje silne bóle głowy były coraz rzadsze.

Paradoksalnie, akceptacja bezsilności dała mi dostęp swojej mocy.

Coraz odważniej i bez poczucia winy sięgam po to czego pragnę.

MOJE PRAGNIENIA SĄ CORAZ WIĘKSZE I ŚMIELSZE :-)

Jak czegoś nie mogę, to szukam osób, które mi mogą pomóc. Wcześniej też szukałam, ale teraz znajduję odpowiednie :-)

Czuję kiedy mi zimno i reaguję od razu.

Po jedzeniu jest mi miło i przyjemnie. Mogę się cieszyć przyjemnym uczuciem sytości zamiast lękiem, że przytyję.

Z odpoczynkiem jest jeszcze trochę kiepsko. Pracuję dużo, ale już znalazłam osobę, pomaga mi ogarnąć temat.

Jak czuję jakąś potrzebę, to coraz częściej czuję spokój zamiast wściekłości czy poczucia winy. A jak nie jestem w stanie jeszcze jej spełnić to się temu przyglądam. Potem sporządzam plan i go realizuję. A Wszechświat mi w tym pomaga. W różny sposób. Często poprzez innych ludzi.

A Ty?

Co czujesz kiedy czegoś pragniesz?

Jakie emocje w Tobie budzi samo pragnienie?

Co mówi Twoja wewnętrzna dziewczynka?

Jakbyś się czuła gdyby te pragnienia zostały zaspokojone? Lub gdybyś miała pewność, że Twoje pragnienia się spełnią?

Zostawiam Cię z tym pytaniem....

_________________________________________________________________________________________

A jeżeli czujesz, że potrzebujesz wsparcia i prowadzenia w uzdrawianiu Twojej wewnętrznej dziewczynki, to zapraszam Cię do współpracy ze mną.

Zaczynamy gratisową konsultacją. Kliknij tutaj.

Moje klientki mówią, że jestem ciepłą osobą, która tworzy bezpieczną i wspierającą przestrzeń dla uzdrawiania. Więcej opinii moich klientek znajdziesz tutaj.