Moja bezwartość


Kiedy usłyszałam, że najważniejsze to kochać siebie....

Bo jak się kocha siebie to reszta przychodzi.

Uznałam, że to ma sens tylko za cholerę nie wiedziałam jak to zrobić.

Myślałam, że jak wreszcie pokocham siebie to przestanę się wreszcie czuć nic nie warta, zupełnie nieistotna.

Ta nieistotność była ogromne bolesna.

Zbyt bolesna, żeby ją poczuć. Uciekałam od niej nieświadomie, nadając sobie sztuczną wartość.

Poprzez bycie użyteczną dla innych, grzeczną, pracowitą, idealną, uczynną, pomocną, niezastąpioną itp.

Elastyczną do bólu w naginaniu się do otoczenia.

Poprzez realizowanie zamierzonych celów, osiąganie sukcesów. Udowadnianie sobie, że dam radę.

Ale tego nie dało się przykryć. Ciągle czułam swoją bezwartość.

Więc intensyfikowałam swoje działania, zmieniałam obszary budowania sztucznej wartości.

Ale to wszystko było niewystarczające.

I tak też się czułam. Niewystarczająca.

W pracy z wewnętrznym dzieckiem przyjęłam inny kierunek.

Akceptowanie tego co jest, tego kim jestem bez próby zmieniania czy podnoszenia wartości.

Akceptowanie tego co we mnie jest bez próby zmieniania siebie, ulepszania, szukania lepszej wersji.

Dzięki temu , w ciągu swojej kilkuletniej pracy z wewnętrznym dzieckiem zintegrowałam ogromną ilość odrzuconych części siebie. Po każdej takiej integracji czułam ogromny spokój i takie poczucie jakby coś wreszcie wróciło na swoje miejsce. Pojawiały się uczucia, których wcześniej nie znałam. Miłość do siebie pojawiała się powoli. Nie od razu ja rozpoznałam.

Bo nie tak ją sobie wyobrażałam.

To nie było żadne WOW! ekstra i do przodu!

Była taka prosta, zwyczajna, cicha...

Raczej jako przestrzeń niż wypełnienie.

Nie pchała się do przodu.

Nie wypierała innych uczuć czy emocji.

Zawsze współistniała.

Była ze mną kiedy docierałam do każdej z trudnych emocji, do każdego bólu. I to ona dawała mi siłę i wsparcie, by iść dalej. Dla niej nie musiałam być mądra, pewna siebie, idealna czy asertywna. Chociaż mogłam. Dla niej mogłam być załamana, zrozpaczona, rozjuszona czy nawet nieistotna.

Mogłam być każda. Mogłam być też żadna. Zawsze myślałam, że - żeby nie czuć się tak bardzo nieistotną to muszę być KIMŚ. I to najlepiej kimś WAŻNYM. Ale w końcu stanęłam przed tą NIEISTOTNĄ. Przestałam przed nią uciekać. Wysłuchałam.

Zobaczyłam.

Nie zamknęłam oczu.

Nie uciekłam. Przyjęłam.

I jaka ulga. Ileż to presji ode mnie odpadło. Bycia JAKĄŚ. Bycia widzianą, akceptowaną i docenianą.

Ileż napięcia i poczucia, że tego nie mam! Albo, że mało.

Albo, że muszę się jeszcze bardziej postarać. Żeby doskoczyć do swojego wydumanego wizerunku.

I wcale nie stałam się bardziej nieistotna. Po prostu przestałam się boleśnie wychylać w poszukiwaniu wartości.

W poszukiwaniu czegoś co zawsze było, tylko nie tak błyszczące jak mi się wydawało.

A jak wygląda Twoja wartość? A może bezwartość?

214 wyświetlenia