Ból w drodze do szczęścia


Im dłużej pracuję z wewnętrznym dzieckiem tym bardziej przekonuję się, że często kluczem do uzdrowienia jest ból. Tak. Właśnie BÓL. To wygląda na paradoks, bo przecież moim celem jest być szczęśliwą.

Moim celem jest wspieranie innych w drodze do poczucia SZCZĘŚCIA.

Trudno być szczęśliwym czując ból. Ale też nie da się być szczęśliwym niosąc w sobie ogromne zranienie.

Kiedy boisz się poczuć swojego zranienia ciało Ci pomaga - znieczulając Cię. Lęk przed bólem podtrzymuje znieczulenie.

Nie można być szczęśliwym będąc znieczulonym, sztywnym, pełnym wewnętrznego napięcia. Dla Ciała fizycznego podtrzymywanie znieczulenia jest ogromnym wysiłkiem. Tak mocno eksploatowane przez wiele lat - z czasem zaczyna niedomagać. No i pojawia się ból. Tym razem fizyczny. Oczywiście i ten ból można znieczulać. Tabletkami.

Ale może by spróbować inaczej...

Może lepiej się z tym swoim wewnętrznym bólem spotkać.

Niczym gościem.

Przywitać, ugościć i pożegnać.

Wszak każda wizyta kiedyś się kończy. :-)

Ważne jest żeby się spotkać ze SWOIM bólem. NIE CUDZYM.

Bo są tacy co cierpią za cały świat, dostrajają się do cudzego bólu. Wszystko po to, żeby nie zająć się swoim. Wierząc, że to czyni z nich dobrych ludzi. Lęk przed bólem, przed poczuciem tego bólu powoduje, że trzymasz go kurczowo. Trzymając odwracasz wzrok. Żeby go nie widzieć.

Niesiesz w sobie coś, z czym nie chcesz mieć kontaktu.

Ten lęk często jest ogromny. Bo to dziecięcy lęk. Lęk wewnętrznego dziecka.

Z czasem zbierasz się na odwagę - ruszenia tego - pomimo lęku.

Najgorsze jest pierwsze spotkanie. Albo pierwsze spotkania. Ból może wydać się ogromny. Nie do zniesienia. Może się wydawać, że nigdy się nie kończy. Na domiar złego zwykle jest powiązany z poczuciem bezsilności. Wiele osób myśli sobie wtedy: "Chyba się pogrążam. Nigdy się z tego nie wydostanę." Początkowo z nim walczymy. Mechanizmy obronne pracują z pełna mocą.

Nie ma zaufania. "Jak może być lepiej skoro zawsze było źle?"

"Przecież tyle się nacierpiałam - i znowu ma boleć? Nie pozwolę na to"

Poddanie wydaje się czymś strasznym. Dziecko myśli sobie - "Jak się poddam to już koniec."

Dziecka trzeba wysłuchać, ale to Dorosły podejmuje decyzje. Dlatego na początku warto, żeby ktoś nam w tym towarzyszył. Ktoś kto przez to przechodził i do kogo mamy choć odrobinę zaufania.

Ktoś kto zobaczy Dziecko i wesprze Dorosłego.

Kto będzie przypominał, by KIEROWAĆ UWAGĘ NA CIAŁO. Nie na myśli.

Bo trzeba poddać się ciału. Nie myślom.

Ale niekoniecznie od razu i na Hurra. Nie po dziecięcemu.

To też jest proces, nad którym ma czuwać Dorosły.

Kiedy powoli poddajemy się ciału - on może się rozluźnić.

Poddanie nie oznacza rezygnacji. Poddanie oznacza zaprzestanie walki z ciałem, z samym sobą. Rozluźnienie powoduje, że możemy puścić to, co trzymamy. Ból. Trudne emocje.

Dopuszczenie, poczucie - powoduje, że to co trzymamy może odejść. Tam gdzie odchodzi - pojawia się przestrzeń. I to jest przestrzeń, w której możemy być szczęśliwi. Kiedy puścimy kolejny ból (tego jest naprawdę dużo), powstaje kolejna przestrzeń, kolejne miejsce na szczęście. Ta przestrzeń się powiększa. I kiedy ona jest już spora pojawia się kolejny paradoks: możemy puszczać kolejny ból, nie tracąc przy tym poczucia szczęścia. Bo jest w nas wewnętrzna przestrzeń spokoju, radości, szczęścia. To jest ta część, która zapewnia poczucie bezpieczeństwa. I ona rośnie i rośnie... I o to chodzi!